« wstecz

Blog wędkarski » Życiówka - Bo warto czekać na rybę życia.

Od wielu, już lat, kocham wędkować na zbiornikach. Zawsze potrafią zaskoczyć, tym, co skrywają ich wodne odmęty. Najważniejsze, dla mnie jednak, jest obcowanie wtedy, z przyrodą, urokliwe widoki, mgła unosząca się nad taflą wody, wzbudzają we mnie ogromne połacie wyobraźni i adrenaliny. Zawsze, gdy docieram na brzeg, jeszcze przed wyjęciem sprzętu, widzę już w głowie ogromne okonie i szczupaki, które trafiają na mój zestaw. To wszystko, zebrane w jedną myśl, co i rusz, kieruje moje wyprawy, ku zbiornikom. Pewnego dnia, wyobrażenie wielkiej ryby, stało się rzeczywistością, ale wszystko po kolei.


Był upalny, lipcowy poranek. Słońce ochoczo wzbijało się po nieboskłonie, nieśmiało wyglądając zza horyzontu. Delikatne promienie, przebijające się przez drzewa, oplatały zieloność traw, jakby chciały je utopić w swym blasku. Patrząc przez okno, nabierałem coraz większej ochoty, aby stać się częścią tego spektaklu, czego mogłem być świadkiem tylko w sytuacji, wyjazdu na skąpany tym blaskiem zbiornik. Kiedy tak stałem, przekonując siebie, że trzeba się zbierać, rozległ się, znany dobrze mi dźwięk telefonu. Zadzwonił kolega, proponując wspólny wypad z wędkami nad zbiorniczek. To było to, co dosadnie przekonało mnie o słuszności, mojego wcześniejszego pomysłu. Tak, więc decyzja zapadła, jedziemy na ryby.

Szybko wypita kawa, nie smakowała tak jak zwykle, może, dlatego że wszystkie zmysły, skupione były na czymś innym. Nie było czasu, na grzebanie w sprzęcie, do auta wrzuciłem kijek Black arrow o długości 240cm, oraz ciężarze wyrzutu 5-25g. Do kija zamocowany miałem kołowrotek Kongera, z tylnym hamulcem i nawiniętą plecionką. Nie szukałem nic innego, sprzęt ten miał być tylko dodatkiem, do miło spędzonego dnia. Szybko dorzuciłem jeszcze, kilka pudełek z gumami i jazda nad zbiornik.




Gdy dotarłem nad brzeg, kolega już czekał, a tafla wody, na którą padały promienie mocno grzejącego słońca, wyglądała jak lustro. Z uśmiechami na twarzy, obaj przystąpiliśmy do zbrojenia wędek. Pierwszą miejscówką, była niewielka zatoczka, bokami porośnięta przez grążele. Głębokość w tym miejscu nie przekraczała półtora metra, a linia brzegowa była dość monotonna. Na tani spinning, trafiła najpierw wirówka w rozmiarze 2. Kilkanaście rzutów wzdłuż pasa roślin, oraz na otwartą wodę, nie przyniosły żadnego kontaktu z rybami. Kolega stojący niedaleko, w drugiej części zatoczki, zahaczył jedynie małego okonka, który skusił się na 4cm twisterek, na pięciogramowej główce. Biczowaliśmy zatoczkę, jeszcze przez około 40 minut, po czym doszliśmy do wniosku, że uciekamy na inne miejsce. Chwilę później byliśmy w nowym miejscu. Słońce na dobre zadomowiło się na błękitnym niebie, dość mocno dając się we znaki, ciepłymi promieniami. Nowa miejscówka, zapowiadała lepsze brania, a przynajmniej obecność jakiś ryb. Ciekawa, urozmaicona linia brzegowa, co jakiś czas okraszona wielkim głazem i roślinami, dno z pokryte gdzie niegdzie, roślinami i kamykami, z głębszymi dołkami i wypłyceniami. To wszystko, pozwoliło nam sądzić, że może tutaj akurat, coś trafimy. Stanęliśmy niedaleko siebie i zaczęliśmy rzucać. Pierwsze rzuty, pozbawiły mnie dwóch wirówek, które utkwiły na wielkim głazie, niedaleko brzegu. Po założeniu okularów polaryzacyjnych, dojrzałem w tym miejscu, grzbiet głazu, a także kilkanaście mniejszych w jego sąsiedztwie. Między nimi dostrzegłem również, jakieś rośliny. Nie mogłem i nie chciałem, dopuścić do kolejnych strat przynęt, „trzeba zmienić taktykę” pomyślałem. Kolega łowiący obok, zaliczał kolejne rybki, małe okonki i krótki szczupaczek. Cieszyłem się z rybek, wyjmowanych przez kolegę, ale jak wiadomo w każdym z nas drzemie malutka nutka rywalizacji, która także i u mnie się odezwała. Wstydem byłoby zejść z wody, bez zaliczenia, chociaż jednej ryby. Ponieważ z kolegą łowię od wielu lat, znamy się jak łyse konie, nigdy nie było między nami zazdrości na rybach, ani poważnej rywalizacji. Tym razem było tak samo, miła atmosfera i świetna zabawa, rozmowy o wędkarstwie umilały nam upływające minuty, w pięknym otoczeniu przyrody. Po analizie upatrzonego miejsca, doszedłem do wniosku, że w tym miejscu musi stać,chociaż okoń. 

Na koniec linki, przywiązałem gumę firmy SavaGear opisana modelem Cannibal. Biała guma, z czerwonym ogonkiem, założona na dość lekką główkę jigową, miała być kluczem do sukcesu. Kilka rzutów testowych, aby rozeznać się w prowadzeniu przynęty tak, aby nie chwytała zaczepów, pozwoliło na opracowanie techniki. Minuty uciekały, jakby przez palce, a słońce coraz bardziej grzało, nasze karki. Kolejny rzut, guma swobodnie opada w toni, kolebiąc się i drgając ogonkiem, odliczam czas opadu w myślach i zaczynam zwijać z delikatnymi podbiciami. Przynęta dociera po chwili, do grzbietu głazu, tutaj pozwalam jej opaść głębiej, zatrzymując zwijanie linki. W czasie kilku sekund opadu, zauważam, że linka jakby odpływa w bok, oddalając się od przeszkody, szybko znika luz linki, dzielący szczytówkę od przynęty i czuję potężne uderzenie, które o mało nie wyrywa mi kija z ręki. Wędka wygina się od razu do granic możliwości, praktycznie po sam dolnik, a hamulec ledwo wytrzymuje, ten ogromny odjazd. Stoję jak wryty, po ułamku chwili, zaczynam rozumieć, co się dzieje, adrenalina nie pozwala mi trzeźwo myśleć, udaje mi się tylko krzyknąć do kolegi „mam coś ogromnego”. Kolega widząc wygięty kij, oraz mój wyraz twarzy, odrzuca swoje wędzisko na bok. Ja w tym czasie, docinam delikatnie zdobycz, z obawą o wyrwanie jej z pyska, przynęty. W chwili docięcia, ryba pokazuje swoją moc, wybierając bez trudu z ustawionego hamulca, kolejne metry linki. Kolega staje obok mnie, z niedowierzaniem patrząc, na ledwo dychający, rytmicznie grający hamulec. Przez emocje, i setki myśli docierają do mnie słowa kolegi „masz albo suma, albo potężnego szczupaka”. Kolejne, ogromnie silne targnięcia ryby, pozbawiają mnie coraz bardziej zapasu linki na szpuli. Po kilku minutach, kolega wpada na pomysł, sfilmowania całego zajścia i wyjmuje z kieszeni telefon, mówiąc „jak spadnie, to, chociaż nagram walkę”. Zapieram kij na biodrach, ręce już nie dają rady, a ryba nadal się nie poddaje, kołując na sporym dystansie. Dość tania wędka, którą zabrałem, wygięta po sam dolnik, pulsująca rytmicznie, wprowadza mnie w obawę, o jej wytrzymałość. Wszystko zaczyna trzeszczeć, a może pod wpływem sytuacji, ja zaczynam tylko to słyszeć. Kolega nadal filmuje, moje starcie z olbrzymem. W końcu pod powierzchnią wody, zauważamy długi i ogromny zarys cielska. Niczym kłoda drzewa, oderwanego od dna, ku powierzchni wypływa potężny szczupak.

Błagalne rzucenie spojrzenia w kierunku kolegi, zastępuje słowa, „niestety też nie zabrałem”, słyszę w odpowiedzi. Zwijając kolejne utracone metry linki, staję na dużym głazie przy brzegu, „trudno, podbiorę ręką” odpowiadam. Szczupak jest już mocno zmęczony, ale nie daje się doholować pod kamień, co chwilę resztkami sił, uciekając na małe odległości. Kilka szarpnięć łbem, i odjazdów później, ryba dociera pod głaz. Nie udaje mi się jej podebrać za pierwszym razem, sytuacja nietrafionego podebrania, powtarza się kilka razy. Szczupak w końcu wykłada się na bok, dociągam go do brzegu, obracam w swoją stronę, i wciskam dłoń pod jego skrzela. Pod wpływem adrenaliny zaciskam z ogromną siłą, palce na skrzelach ryby. Błyskawicznie wydzieram szczupaka z wody, i teraz dopiero dociera do nas, jak wielki okaz mi się trafił. Pełni emocji i radości, zauważamy krew na mojej ręce, niestety chwyt szczupaka za skrzela to duże ryzyko, które kończy się często podarciem skóry, przez jego zęby. Okaleczony, ale szczęśliwy, nie przykładam do tego wielkiej uwagi i chwytam za miarkę. Miarka pokazuje 97cm, po prostu ryba życia. Nie potrafię opisać emocji, jakie wtedy czułem, po kilku zdjęciach uwolniłem rybę. Kolega nie ukrywał zachwytu i szczęścia, gratulując mi, nie okazywał również oznak zazdrości czy złości, że to nie on dostał taki okaz na wędkę. Dlatego uwielbiam z nim łowić, co by się nie działo, zawsze możemy na siebie liczyć. Jest naprawdę ogromny, nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z taką rybą. Pierwsze spojrzenie na rybę, wywołuje na moim czole jeszcze większe poty. Adrenalina robi swoje, ręce drżą ze zmęczenia i ekscytacji, jednak rozsądek podpowiada „teraz czeka cie najgorsze”. Nerwowo rozglądam się na boki, nie mam podbieraka, nie mam chwytaka, co teraz?. 


Po opadnięciu emocji, dotarło do mnie, że złowiony szczupak to moja ryba życia. Byłem ogromnie wdzięczny, za tą rybę, za to, że świadkiem mojej przygody był. dobry kolega, oraz za to, że sprzęt wytrzymał taki wysiłek. Niestety później okazało się, że kołowrotek po tej przygodzie nadaje się jedynie, jako przewijak do żyłki, ponieważ tryby nie wytrzymały takiego oporu. Wędka, spisała się rewelacyjnie i służy do dzisiaj, mojemu szwagrowi. Z perspektywy czasu, twierdzę, że podstawa to decyzja, o tym by akurat dzisiaj, akurat tego dnia wybrać się z kijem nad wodę. Przecież, nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, co spotka nas danego dnia nad wodą. Mnie pobudził piękny poranek, który dodatkowo obdarzył mnie rybą życia, a was, co zmotywuje, by poszukać i dać szansę swojej życiówce?



Polecane produkty:



Copyrights © 2014 - 2017 wedkarz.pro | projekt i wykonanie: gqim.com