« wstecz

Blog wędkarski » Weekendowy wypad nad Dunajec

Jakiś czas temu zapadła decyzja, której celem miała być piękna rzeka Dunajec. Grupa zapaleńców spinningowych zdecydowała, że wyprawa odbędzie się w dniach 23-24 maj. Tak, więc jeszcze w marcu, wypatrywaliśmy z niecierpliwością nadejścia maja, szykując już sprzęt oraz przynęty.


Szybko upłynął okres oczekiwania, spędziłem go trenując łowienie wiosennych kleni nad Wisłą. Kilkadziesiąt złowionych kleników, pozwoliło wytypować najlepsze i nad wyraz skuteczne woblerki, które z mozołem strugałem w zimowe wieczory. Zaopatrzony w wędzisko Konger Cross Maxx z cw. 3-18g, oraz Robinson Xenon z cw. 5-15g, a także kołowrotki Mistrall Amundson 2000, oraz Mistrall SCOT 2000, byłem w pełni gotowy, stawić czoła wyzwaniom Dunajca.


Nad wodę dojechaliśmy około godziny 8:00, gdzie na znanym nam już parkingu, zabraliśmy się do szykowania zestawów. Będąc na tym samym odcinku rok wcześniej, wiedzieliśmy, czego spodziewać się po wodzie i miejscówkach. Rzeka zaskoczyła nas podwyższonym stanem wody, bardzo szybkim nurtem w miejscach gdzie normalnie jest on słabszy, oraz nie korzystnym kolorem wody. Jakby tego było mało, gęste, choć wysoko idące chmury, blokowały wszelkie promienie słońca, zapowiadając możliwe opady deszczu. Nad samą rzekę udałem się w miejsce, gdzie w zeszłym roku trafiłem pięknego klenia, a kolega łowiący wtedy kawałek ponad mną, dołowił kolejne dwa. Brzeg tego odcinka jest mocno kamienisty, ale gładko schodzący ku głównemu nurtowi rzeki. Brodząc po pas, dotarłem prawie do środka rzeki, gdzie oddając kilkanaście rzutów, doszedłem do wniosku, że łowienie w tym miejscu stało się praktycznie niemożliwe, a i możliwość przebywania tam ryby graniczy z cudem. Szybko podjąłem decyzję skierowania się pod most, gdzie od razu skierowało się kilku kolegów. Przechodząc po moście na drugi brzeg, przede mną rozpostarł się piękny widok, Dunajca, z jego ujściem do zbiornika Czorsztyńskiego. Zaraz pod mostem, stali koledzy obławiając rynnę ze spowolnieniem i cofką. Gdy doszedłem na dół, niemal zjeżdżając po zabłoconej skarpie, kolega Piotr Zollner, właśnie holował rybę. Zdobyczą okazał się być, szczupaczek mierzący 49cm, tak mało brakło do szczęścia. Dunajec nieco powyżej, rozdzielała na dwie odnogi wysepka, tworząc po jednej stronie, płytką płań, z wartkim nurtem pod brzegiem, zaś z drugiej strony gdzie staliśmy wolniejszy odcinek, z krzakami i kamieniami na dnie. Mieliśmy sporą możliwość zmiany miejsc, z brzegu na wysepkę, z opcjami obławiania wielu ciekawych miejscówek w nurcie, czy na jego spowolnieniach. Godziny mijały na zmianie przynęt, i obławianiu głębszych dołków w rynnie, niestety poza małym szczupakiem Piotrka, bez efektów. W końcu nieco zmęczony i zrezygnowany, usiadłem na kamieniu pomiędzy Piotrkiem, a kolegą Robertem Kotarbą, który stał praktycznie pod mostem, rzucając przynętami w kierunku filaru. Nurt w tym miejscu był średni, Łączył się tam z nurtem drugiej odnogi, tworząc spowolnienie i cofkę. Dosłownie w chwili, kiedy podniosłem się z kamienia, Robert odnotował potężne uderzenie na woblerze, jednak w chwili zacięcia, żyłka strzeliła. Ryba odpłynęła wraz z woblerem, pozostawiając tylko wspomnienie grającego hamulca. Robert długo siedział, analizując zaistniałą sytuację, doszliśmy do wniosku, że mógł to być po prostu spory szczupak, lub kleń, który skorzystał z osłabionej żyłki. Kilkanaście minut, bezskutecznego obrzucania miejscówki, zniechęciło Roberta na tyle skutecznie, że odpuścił miejsce całkowicie. Czas mijał i nieuchronnie zbliżał się do zakończenia wędkowania, gdyż decyzją wszystkich postanowiliśmy wędkować do godziny 12:30. Zaproponowałem Piotrkowi, abyśmy odpuścili i udali się na parking, na co usłyszałem: „Czekaj chwilę, usiądziemy odpoczniemy, damy chwilę spokoju rybom, może coś wejdzie jeszcze”. Tak odczekaliśmy jakieś 10-15minut, po czym wróciliśmy do łowienia. Stanąłem obok miejsca, gdzie Robert miał spinkę. Stwardziłem, że zmienię przynętę na głębiej schodzącego małego woblerka w kolorach pszczółki, mówiąc do Piotrka: „Piter teraz zakładam kilera i w drugim rzucie mam rybę”, Piotrek uśmiechnął się tylko. Posłałem dwukrotnie wobler w kierunku filaru, prowadząc go, czułem jak puka sterem po dennych kamieniach. Trzeci rzut w to samo miejsce, wobler dociera do dna, sprowadzany puka tak samo o kamienie, nagle jakby zawadził o któryś z nich, ale jakoś dziwnie, gwałtownie. Energicznie dla pewności zacinam, w tym momencie, kamień ożywa. Delikatne wędzisko wygina się a pałąk i zaczyna przyjemnie pulsować. Dobrze ustawiony hamulec, kołowrotka Mistrall SCOT, pięknie wygrywa, fantazyjną melodię. Krzyczę do Piotrka: „Piter jest ryba”, Piotrek z niedowierzaniem patrzy na wygięty kijek: „co masz? Szczupak? Masz stalkę? Odpowiadam, że nie mam starając się szybko przyholować rybę do brzegu, z obawy o stratę jej z przynętą. Ryba w końcu wypływa, aby nabrać powietrza, już wiem, co to, moim oczom ukazuję się otwarty wielki pysk klenia, kryjący w swych czeluściach małego woblerka. Sprawnym ruchem wprowadzam rybę do podbieraka. Roztrzęsiony, wydobywam z gardzieli ryby wobler. Piotrek klika na szybko jakieś zdjęcia, gratulując mi zdobyczy, i żartując, że kolejny raz zdejmuję mu rybę z przed nosa :D Miarka pokazuje, 45,5cm. Szczęśliwy stwierdzam, że teraz to już możemy wracać. Oddajemy jeszcze kilka rzutów, i uciekamy na parking, aby zdążyć przed wyznaczonym czasem kończenia wędkowania. Przez pierwsze kilka godzin nad Dunajcem, tylko ja zaliczam miarową rybę, czym powoduję lawinę żartów, która z ust kolegów trafia pod moim adresem. Chwila odpoczynku, i zbieramy się nad zbiornik Czorsztyński.




Nad zbiornik, docieramy szybko, ponieważ obrane przez nas miejsce łowienia, jest dość blisko. Typujemy, zatoczkę zbiornika, ze średnią głębokością i gładkimi brzegami. Szykujemy nowe zestawy, większość z nas stawia na boczny trok, z nadzieją na okonie, inny zakładają większe kopyta i rippery, szukając konkretnego szczupaka. Zaczynam, bocznym trokiem, założonym na Robinsonie 5-15g. Kilka rzutów na pusto, oraz silny wiatr, skłaniają do zmiany taktyki. Na zestaw melduje się wobler 5cm, w kolorze perły. Rzuty o wiele dalsze, a szorowanie przy dnie, daje nadzieje na rybę. Znów obok mnie, pada szczupaczek, kolega Krzysztof Czusz, po szybkim holu, mierzy rybę, miarka wskazuje znów 49cm. „Czy tutaj nie ma większych ryb? Byłem pewien, że to ładny okoń” słyszymy od Krzyśka. Po godzinie obrzucania wody, przy silnym wietrze, stwierdzamy, że mniej wieje po drugiej stronie, gdzie natychmiast zmierzamy. Z drugiej strony, faktycznie fala jest mniejsza, a i linia brzegowa zdaje się być ciekawsza. Małe głębsze zatoczki, z widoczną pod powierzchnią drobnicą. Ustawiamy się, co kilka metrów, wraz z innymi kolegami, którzy od początku obrali, jako cel, to miejsce. W przeciągu kilkudziesięciu minut, padają dwa krótkie szczupaczki. Żadna taktyka, nie przynosi efektu w postaci miarowej ryby. Czas na wędkowanie powoli się kończy, a brak ryb skłania nas do powrotu, w miejsce gdzie zostawiliśmy samochody. Przez te kilka godzin, tylko kolega Kuba Słomka, zalicza okonia 24,5cm. Zbiornik, tak bardzo obiecujący udane połowy, zostawiamy zniesmaczeni i lekko zrezygnowani. Udajemy się na kwaterę, po emocjonującym i intensywnym dniu. Jestem szczęśliwy i zadowolony z faktu zaliczenia ładnej ryby. Pełni nadziei, na lepsze jutro, a przede wszystkim korzystniejsze warunki, zasiadamy do grilla, rozmów i analiz taktyk. Zastanawiając się, czy kolejny dzień, spędzić na rzece czy na zbiorniku.

Kolejny poranek, okazał się bardzo ciepły i bezwietrzny, chociaż pochmurny. Po śniadanku i porannych rozmowach, nasza decyzja skierowała nas w kierunku Dunajca. Godzina wyjazdu taka sama jak poprzedniego dnia. Dotarliśmy na znany parking i bardzo szybko i sprawnie, wskoczyliśmy w ubrania do brodzenia. Kierunek rzecz jasna, miejscówka pod mostem. Już z mostu widać było, że woda nie opadła znacząco, ale dość mocno się przeczyściła. Z Robertem i Piotrkiem, żwawo pokonaliśmy, błotnistą skarpę. Koledzy zostali na starej dobrej miejscówce, a ja udałem się brodząc po pas przez wodę, na wysepkę. Moim celem tym razem była spokojna płań, obok rozwidlenia rzeki. Dotarłem na szczyt wysepki, i wszedłem do wody. Dno ładnie kamieniste, woda czysta i spokojna, z głębszą rynną pod przeciwnym brzegiem. Dotarłem prawie do środka rzeki, gdzie woda sięgała mi powyżej pasa, ale w zasięgu rzutu miałem granicę szybkie i wolnego nurtu. Na zestaw trafił wobler 4cm, malowany na kiełbia, schodzący na jakiś metr. Kilka rzutów w poprzek i sprowadzenie woblera po łuku, nie dało kontaktu z rybą. Obrzucałem w ten sposób, całą długość wysepki jakieś 50metrów, bez rezultatu. Dotarłem na szczyt, gdzie woda obmywała wypłycenie, wpadając pod brzeg, na którym stali koledzy, tworząc tym samym pod nim, rynnę i cofki. Wypłycenie, na którym stanąłem, sięgało samego filara mostu, na którym zatrzymała się spora ilość gałęzi. Z pod nich właśnie wydłubałem wcześniej klenia. Tym razem miałem wygodniejszy dostęp do rynny i jej spadów, ponieważ stałem w wodzie tuż nad nią,mając możliwość obłowienia jej wzdłuż. Tym razem nie zmieniałem woblera, chciałem obłowić skutecznie dno. Godzina stania w wodzie, mocno odbiła się na komforcie i ciepłocie ciała, ale w takich sytuacjach należy być twardym. Koledzy z brzegu bezskutecznie, obrzucali rynnę. Dzieliło nas raptem 10 metrów, ale właśnie te 10 metrów, kryło piękną głęboką rynnę. W którymś z kolejnych rzutów, kiedy to wobler po łuku spłynął w rynnę, nie wiadomo kiedy, kij zaczął pulsować pod ciężarem ryby. Nawet nie zaciąłem, ponieważ nie było typowego brania, a jedynie płynny odjazd. Zdążyłem krzyknąć do chłopaków: „znowu się bawimy koledzy”, kiedy to ponownie poczułem pracę woblera. Ryba spadła. Jej siła w nurcie, była spora, wskazywała mojej wyobraźni rybę ponad 50cm. Złości, rozpaczy i rozczarowania nie było końca. Zmarznięty i zniesmaczony, miałem przez chwilę ochotę, rzucić wędką o kamienie, jednak szybko się uspokoiłem, i wyszedłem z wody na wysepkę. Aby jeszcze bardziej ukoić nerwy, usiadłem na kamieniu i zapaliłem papierosa. Kilka minut i jest dobrze, ręce się nie trzęsą, można wracać na miejscówkę. Nadzieja, że ryba tam nadal jest, skutecznie powstrzymała chłód, zimnej wody. Jestem znów pod filarem, nie zmieniam woblera, bo zawsze wierzę w swoje przynęty. Kolejne kilka rzutów i sytuacja się powtarza. Nie ma brania, wędka płynnie się wygina i zaczyna pulsować, tym razem jednak mocno zacinam, krzyczę po chwili dokolegów: „ Jest, tym razem ją mam”. Wędka dość miękka, bardzo ładnie amortyzuje ucieczki ryby, które dodatkowo potęguje nurt rzeki. Wiem już po holu, że ryba ma minimum 50cm. Koledzy z brzegu mówią, że to na pewno sandacz, który z ujścia wpłynął do rzeki. Nie dociera to do mnie, jestem przekonany, że musi to być kleń lub pstrąg. Kilka chwil i ryba ukazuje swoje oblicze na powierzchni, niestety jest to sandacz. Ryba troszkę ponad wymiar, ładnie ubarwiona, ale z zakazem połowu do dnia 15 czerwca, więc wraca do wody w doskonałej kondycji. Piotrek uwiecznia ten moment z brzegu, aparatem. Jestem zadowolony, że ponownie zaliczam ładną rybę w Dunajcu, z małym rozczarowaniem, że nie był to inny gatunek. Wychodzę z wody na wysepkę, wracam ponownie brodząc na właściwy brzeg. Zmarznięty i zmęczony postanawiam odpocząć. Później jeszcze chwilę rzucam, ale godzinę przed upływem wyznaczonego czasu, z Piotrkiem mamy dość tego miejsca. Typujemy szybko kolejne miejsce i zmierzamy w jego kierunku. Nowe miejsce wymusza na nas dotarcie na przeciwległy brzeg, jednak nurt jest tak silny, że nie mamy takiej możliwości, poddajemy się, więc i wracamy na parking. Tego dnia, tylko dwóch kolegów zalicza rybę. Na ujściu Dunajca do zbiornika, padają dwa okonie 22 i 24cm. Wracamy wszyscy na kwatery, aby zjeść i spakować się do drogi powrotnej.


W tym roku znowu nie trafiliśmy ani w pogodę, ani w dobry stan wody. Miejscowi wędkarze mówili i kilkudniowym braku jakiegokolwiek kontaktu z rybami, coś w tym jest, bo i u nas cieniutko. Generalnie wyjazd, bardzo udany, miła atmosfera wędkarska, z pięknymi okolicznościami natury. Widoki Dunajca ukrytego między górami, oraz Białki Tatrzańskiej, po prostu niezapomniane. Mogło być cieplej, pogodniej i rybniej, ale nie zawsze w wędkarstwie chodzi przecież o to by łowić. Ja wspomnienie kolejnego wyjazdu nad Dunajec, zachowam głęboko w sercu, tym bardziej, że w przyszłym roku, taki wypad planujemy w nowe nieznane tereny.


Autor: Grzegorz Major.   



Copyrights © 2014 - 2017 wedkarz.pro | projekt i wykonanie: gqim.com