« wstecz

Blog wędkarski » Fascynacja kleniem

Moja przygoda z kleniem na dobre zaczęła się w 2012r, kiedy to otrzymałem możliwość wyjazdu na zawody spinningowe "Kleń Wisłoka" do Strzyżowa. Była to moja pierwsza wyprawa na rzekę o tym charakterze. Wąska, kręta o wartkim nurcie, z wieloma miejscami głębszymi oraz wypłyceniami. Przed wyjazdem sporo czytałem, aby chociaż w małym stopniu posiąść wiedzę podstawową o rzece i jej mieszkańcach. Nowo nabyta wiedza teoretyczna ukierunkowała mnie na polowanie na klenie, była to ryba najbardziej liczna na odcinku, na jakim przyszło mi łowić.   


Niestety, jak to często bywa teoria nie przełożyła się na wyniki w praktyce. Nauczony wędkowania na dużej Wiśle, stanąłem przed sporym wyzwaniem, wąska rzeka szybko zweryfikowała moją technikę zarzucania i prowadzenia przynęty, a wartki nurt i nauka brodzenia w nim szybko nauczyły mnie pokory. Na szczęście nie byłem sam, miejscowi koledzy szybko przekazali mi wiedzę, o najciekawszych miejscówkach, w których mogę spodziewać się kleni, o ich zachowaniach w takich rzeczkach, oraz o technikach podawania przynęt. Przez cały dzień zawodów wykorzystywałem nabyta wiedzę, szlifując swoje techniki oraz sprawdzając rozpoznawanie teoretycznych miejscówek. Zawody skończyłem z wynikiem, na zero, aczkolwiek wiedza, jaką wtedy nabyłem nie poszła w las.

Pierwszym problemem, na jaki wtedy zwróciłem uwagę, były skromnie zaopatrzone pudełka, w zasadzie po naradach z kolegami okazało się w pudełkach mam tylko trzy nadające się woblery, a i one mogły być używane w ostateczności. Po powrocie z zawodów, od razu zasiadłem do lektury, czytając na temat woblerów kleniowych. Nabytą wiedzę, szybko przelałem na drewno, strugając w lipie kilkanaście korpusów. Tak zaczęła się moja przygoda z woblerem dedykowanym kleniowi.

Pierwsze wystrugane małe kleniowe woblerki, testowałem juz na Wiśle, i o dziwo już w pierwszym dniu testów, zaliczyłem dwa malutkie kleniki z rozmytej ostrogi. Pamiętam cieszyłem się wtedy jakbym trafił szóstkę w totka. Stwierdziłem wtedy, że jednak jestem w stanie, łowić klenie i to swoje woblerki.  




Przez cały kolejny rok, produkowałem i testowałem kolejne woblery, uganiając się za Wiślanymi kleniami. Szlifowałem taktyki, rozpoznawanie miejscówek, metody skutecznego podejścia, techniki prowadzenia woblerów, oraz dobór idealnego sprzętu. Niestety na moim odcinku Wisły, kleni jest jak na lekarstwo, ponieważ według wielu miejscowych wędkarzy jest to ryba jadalna. Częstym przyłowem przy szukaniu klenia, były okonie i szczupaczki czasem, boleniki, jednak to coraz bardziej przekonywało mnie co do skuteczności moim woblerów.




Na początku roku 2014 przyszło mi sprawdzić całą swoją wiedzę oraz praktykę na kolejnych zawodach, oczywiście tym razem mój arsenał przynętowy był o wiele pokaźniejszy, niż za pierwszym razem. Na pierwszy "poligon doświadczalny" trafiła rzeka Dunajec, tuż przy zalewie Czorsztyńskim. Jak na złość, rzeka przywitała nas podwyższonym stanem wody, w kolorze "kawy z mlekiem", koledzy od razu stwierdzili, że będzie ciężko o dobre wyniki. Trafiłem na prostkę tuż za ostrym zakrętem, rzeka w tym miejscu miała około 15m, pod przeciwległym brzegiem usytuowany był nurt główny, który podmywając burtę tworzył tuż pod nią głęboką rynnę. Woda w tym miejscu po prostu pędziła jak szalona. Pomyślałem: "przecież w takim nurcie nie ma szans na utrzymanie woblera". Zanim ja doszedłem do wody, koledzy już mieli po 2 sandacze na koncie, wyjęte właśnie z tego potwornie silnego nurtu głównego. Przystanąłem na chwilę obserwując ich, sposoby podania przynęty. Wszedłem w końcu do wody, szybki wybór woblera, 5cm cały czarny ze złotymi paskami, powinien być dobry na trąconą wodę, pomyślałem. Kilka pierwszych rzutów dało mi 5 sandaczy, które w takim nurcie zdawały się mierzyć po metr. Kolejne rzuty pod samą burtę, sprowadzam, wobler łukiem, nagle potwornej mocy uderzenie, mało nie wyrywa mi kija z ręki. Nawet nie wcinałem ryby, nie zdążyłem o tym pomyśleć, a ryba już i tak sama się zacięła. Kij wygięty w pałąk, hamulec gra jak szalony, a ja słyszę zza pleców: kolejny sandacz? Tym razem nie był to sandacz, w podbieraku wylądował kleń o długości 38cm(prywatny rekord). Znowu mój wobler zadziałał, i tym razem na dużego klenia. Tego dnia złowiłem jeszcze kilka sandaczy, a trafiony kleń dał mi 3 miejsce w zawodach, Ale satysfakcja, jaką wtedy odczuwałem była cenniejsza od wszystkich złowionych do tej pory ryb.




W niedługim czasie po tej przygodzie, przyszło mi ponownie zmierzyć się z kleniami podczas zawodów "Eko Spinnig Ropy 2014". Po wszystkich testach, próbach, walce z Wisłą i swoimi słabościami, oraz po zaliczeniu prywatnego rekordu klenia na Dunajcu, byłem gotowy.

Zaopatrzony w pudełka pełne woblerków kleniowych, uzbrojony w stosowne wędzisko oraz odzież do brodzenia, przystąpiłem do walki. Z dwoma kolegami wytypowaliśmy odcinek rzeki, na którym zamierzaliśmy polować na rybki. Po przedarciu się przez krzaki naszym oczom ukazała, się prostka, poniżej której w odległości kilku metrów tworzyło się bystrze za progiem(przelew). Woda dość spokojna, przyspieszała dopiero przy bystrzu. Podmyta burta pod drugim brzegiem okraszona, co kilka metrów zwalonymi do wody drzewami. Idealne miejsce by zacząć szukać ryb. Zanim weszliśmy do wody naszym oczom ukazało się kilka rybek, które na przeciw nas zbierały drobinki z powierzchni. Kleń zbiera, więc na pierwszy ogień idą moje smużaki. Kilka minut i nic, ryby też jakby ucichły, nie pokazywały się już na powierzchni. Zmiana taktyki, kolega schodzi niżej na granicę bystrza, ja zmieniam smużaka, na wobler w kolorze matowego brązu z poprzecznymi czarnymi kropkami, coś na wzór kiełbia. Wobler ten miał 5cm, i nurkował na głębokość 1-1,5m, pomyślałem jak nie z powierzchni to może z dna. Staję, więc powyżej kolegi, który dotarł już pod drugi brzeg, i rzucam. Między czasie wołam do niego żartując: "I tak ci go zdejmę zza pleców", śmiejemy się razem, podczas gdy rzucam ponownie. Kolega odwraca się na chwilę, a u mnie ogromna moc wygina wędzisko, krzyczę jakby mnie obdzierali: "patrz jest ryba". Ryba spływa z nurtem prawie pod nogi kolegi, nie mogę jej zatrzymać , a przecież zaraz ten cholerny próg. Ryba na szczęście podbija pod brzeg, na którym stoję i słabnąc daje się pompować. Kilka chwil walki i jest w podbieraku, kolega z daleka krzyczy: "na pewno czwórka z przodu", a ja nie jestem w stanie przez emocje ocenić długości ryby. Kleń trafia na miarkę, która wskazuje 45cm. Kilka szybkich zdjęć i ryba wraca do wody, odpływając powoli i majestatycznie. W chwilę potem dociera do mnie, że prywatny rekord został właśnie pobity. Mojej radości i szczęściu nie ma końca, dla mnie ten dzień już może się skończyć. Jak się okazało, w ciągu dnia miałem tylko to jedno branie a kleń na 45cm dał mi pierwsze miejsce. Po prostu kumulacja szczęścia, w jednym dniu.


 

Tak właśnie przedstawia się historia mojego kleniowania. Oczywiście cały czas biegam nad Wisłę w poszukiwaniu kleni, licząc, że może ten największy czeka tam gdzieś właśnie na mnie. Jednak sposoby ich szukania, i podawania przynęty, a także i sprzęt są nieco inne niż podczas przygód, które opisałem wcześniej. Pokrótce opiszę mój sprzęt, miejsca i technikę podania przynęty na dużej rzece.

 

Kleni na Wiśle szukam przede wszystkim na opaskach, miejsca te są zawsze u mnie na pierwszym planie podczas przygotowywania się do wypadu. Opaki na mojej Wiśle, są dość typowe, kamieniste z nielicznymi króciutkimi ostrogami, które nieznacznie piętrzą wodę. Właśnie na takich delikatnych spiętrzeniach spodziewam się kleni. Z takich miejsc zazwyczaj wyciągam kilka okoni, zanim przytrafi się ten, na którego czekam. Nigdy nie odpuszczam takim miejscom, cierpliwość, bowiem to postawa sukcesu. Na każdą miejscówkę poświęcam sporo czasu, ponieważ kleń bywa niezwykle płochliwy i często potrzebuje dużo czasu na przyjrzenie się wabikowi zanim postanowi go podjąć. Łowienie kleni w dużej rzece, znacząco odbiega od technik, jakie stosuję na małych rzeczkach. Przede wszystkim , sprzęt jest różny.

Na małej rzece używam wędki Konger Cross Max 270cm 3-18g przerobionej przez siebie na długość 2,55. Posiadam w niej skrócony dolnik z poprawionym wywarzeniem, poprzez podzielenie korka. Wędka genialnie nadaję się teraz do brodzenia. Do niej zakładałem młynek ze stajni Ryobi, a konkretnie Apllause w rozmiarze 2000, ostatnio jednak używam Mistralla Amundsona w rozmiarze 2000. Grubość żyłki to indywidualna sprawa, ja używam 0,18.

Co do Wiślanego zestawu sprawa wygląda nieco inaczej. Ponieważ podczas szukania kleni, często przyłowiam inne gatunki, toteż sprzęt jest troszkę bardziej solidny. Kijek Daiwa Exceller Jigger 270cm i 3-18cw (nie wklejka), lub kijek Robinson Xenon Jig master 5-15g cw. Łowiąc na wiśle, używam żyłek w rozmiarach 0,18 i 0,20. Nie jest to przesadą, zwłaszcza podczas częstych przyłowów w postaci boleni. Do obu wędek stosuję młynek Ryobi Zauber w rozmiarze 3000, lub Mistrall Spider XT30FD.


Tak oto wypraktykowałem dobre zestawy do polowań nad Wisłą. Oczywiście każdy ma to, co lubi i lubi to co ma, więc moje opisy są tylko przekazaniem wiedzy a nie argumentem do zastosowania. Nadszedł czas na słów kilka odnośnie przedstawiani dokładnego miejscówek oraz sposobów ich obławiania. Postaram się zobrazować wszystko na rysunkach:


Opaska:




Napływ ostrogi:




Jak widzicie, w zasadzie wszystko wygląda jak przy łowieniu okoni z takich miejsc, i tak właśnie jest nie wierzcie w artykuły, w których opisywane są kosmiczne ilości wyciąganych tam kleni. Łowimy normalnie, toteż i okoni sporo przyłowami, a wśród nich po prostu liczymy na klenie. Wygraną totalną jest, kiedy w takim miejscu o dziwo stanie ładne stadko, i uda nam się z niego wyjąć 3-4 klenie. Reszta to na pewną będą okonki, być może małe boleniki. Takie miejsca to typowe stołówki dla wielu drapieżników, i tylko poprzez w miarę selektywną przynętę zwiększamy szansę na kontakt z wybranym gatunkiem. Ponieważ wspomniałem już o tym że kleń skupia się w stadka, wspomnieć należy, że często, małych kleników "pilnuje" przynajmniej jeden większy, bardziej ostrożny i doświadczony. Do tego osobnika bardzo trudno jest się dobrać. Mimo że kilkukrotnie namierzałem stadka kleni, tego stróża nigdy nie miałem na kiju. Jedynym argumentem, jaki zauważyłem, pozwalającym nam na zwiększenie swoich szans na spotkanie z kleniem, jest na dużej rzece w jakiś sposób selektywna przynęta, oraz odpowiedni sprzęt do jej właściwej prezentacji. Reszta, to już cierpliwość i nie lekceważenie miejsc, w których wyławiamy okonie. Zapewniam was, nie będziecie łowić codziennie kleni, i nie z każdej miejscówki, po prostu za każdym razem, po te rybki nad wodę zaprowadzą was :wiara, cierpliwość i miłość do kleni, które ponoć w każdej łusce mają oko. Pozostaje naszykować sprzęt, zaopatrzyć się w kilka woblerków dedykowanych kleniom, i wyruszyć jak zawsze na najzwyklejszą wyprawę spinningową.



Autor: Grzegorz Major

Polecane produkty:



Copyrights © 2014 - 2017 wedkarz.pro | projekt i wykonanie: gqim.com